Szlakiem rodzinnej tradycji

Kiedy na Ukrainie zaczęły wybuchać rosyjskie bomby – sam już nie wiem, jak szybko – znalazłem się w olsztyńskim biurze Wojskowego Centrum Rekrutacji, podpisując dokumenty związane ze wstąpieniem do Wojsk Obrony Terytorialnej.

— O, idziesz w ślady dziadka – ucieszył się mój ojciec, syn przedwojennego oficera Wojska Polskiego. I wtedy dotarło do mnie, że to co nam, mieszkańcom Europy przełomu wieków, wydaje się być doświadczeniem dosyć niezwykłym – konieczność bycia gotowym do odparcia ewentualnej agresji militarnej ze strony sąsiada na mapie – dla pokolenia mojego dziadka było zwykłą codziennością. Nie miałem okazji poznać go osobiście, odszedł bowiem z tego świata jeszcze przed moim urodzeniem, zmęczony udziałem w trwających blisko 60 lat bataliach o Polskę. I nagle teraz, kiedy świat przestał być znowu przewidywalnym, bezpiecznym miejscem, zaczynam – chcąc, nie chcąc – podążać tropem swojego znakomitego protoplasty, majora Teodora Czarneckiego, służąc jako żołnierz OT w 4 Warmińsko-Mazurskiej Brygadzie Obrony Terytorialnej.

* * *

Urodził się w ostatniej ćwierci XIX wieku, jako syn Ludwika Czarneckiego, powstańca styczniowego zesłanego, po rozbiciu jego oddziału, na Sybir. Jak podaje rodzinny przekaz, Ludwik nie został wtedy stracony wraz z innymi towarzyszami walk powstańczych dzięki łapówkom dla carskich urzędników, które pochłonęły znaczną część rodzinnego majątku. Spędził potem 20 lat nad Bajkałem, aż wreszcie w 1883 roku, dzięki amnestii ogłoszonej z okazji koronacji nowego cara, Aleksandra III, mógł stamtąd wyjechać. Osiedlił się wtedy na Kaukazie, w stolicy Gruzji zwanej wówczas Tyflisem, dzisiaj Tbilisi. I właśnie tam przyszedł na świat Teodor. Niestety w roku 1896 zabrała pradziadka Ludwika gruźlica, którą przywiózł z Syberii. Prababcia Klementyna zaczęła wtedy zarabiać na życie korepetycjami, w czym wspomagał ją Teodor, kiedy tylko osiągnął wiek gimnazjalny i mógł pracować jako korepetytor.

A potem wydoroślał, wyjechał na studia na Politechnice w Petersburgu, został inżynierem i pracował tak aż do wybuchu I wojny światowej. Wcielony do carskiego wojska zdobywał turecką Armenię a potem, w czerwcu 1917, jako znający języki kaukaskich plemion emisariusz rządu rosyjskiego podróżował wraz z oficerem brytyjskim po tureckim Kurdystanie próbując namówić Kurdów do powstania antytureckiego. Ta misja nie powiodła się i ostatecznie dziadek zakończył udział w wojnie w roku 1920, odpływając z Krymu do Konstantynopola angielskim kontrtorpedowcem. W archiwum rodzinnym zachował się dokument wystawiony po francusku w listopadzie 1920 r. przez poselstwo polskie w Istambule stwierdzający, iż „Mr Theodor Tcharnetzky wraz z żoną” są obywatelami polskimi.

Przyjazd do Polski nie był specjalnie trudny: z Istambułu do rumuńskiej Konstanzy statkiem pasażerskim, a dalej do granicy polskiej pociągiem. Po I wojnie światowej Polska graniczyła przecież z Rumunią. Kiedy przybył do kraju, wstąpił – jako inżynier – do korpusu saperów i służył w różnych jednostkach, także m.in. na kresach wschodnich. Powojenna epidemia grypy hiszpanki zabrała mu żonę w 1924 roku i trzeba było czekać aż do roku 1938, kiedy poznał w Poznaniu moją babcię, która została jego drugą żoną.

W tamtym czasie polski sztab generalny przewidywał rychłe rozpoczęcie wojny z agresywnym, zachodnim sąsiadem, Niemcami, i major Teodor Czarnecki dostał przydział do Łodzi, w której zajął się organizacją obrony cywilnej miasta. Po zajęciu kraju przez niemieckie wojska aktywnie działał w grupie oficerów organizujących w Łodzi ruch oporu. Dosłownie minął się w drzwiach z plutonem Gestapo, który przyszedł go aresztować i uciekł pieszo do Koluszek, przekradając się tam nocami. Stamtąd dotarł do Warszawy, gdzie nawiązał kontakty z ludźmi organizującymi ruch oporu w Generalnym Gubernatorstwie, po czym pojechał na wschód, do powiatu Biała Podlaska, gdzie po jakimś czasie dotarła do niego żona z malutkim synem. Na resztę wojny osiedli w małej wiosce o nazwie Wólka Kościeniewicka, gdzie dziadek zatrudnił się w skupie chłopskiego mleka. Dzięki temu mógł swobodnie jeździć po wsiach i kontaktować się z komórkami Armii Krajowej. Jego bezpośrednim dowódcą w konspiracji był kierownik pobliskiej szkoły powszechnej. Babcia zarabiała z kolei na utrzymanie rodziny szyjąc suknie na pożyczonej maszynie i robiąc na drutach swetry. Błogosławiła wtedy swoją mamę, która kazała swoim córkom nauczyć się takich pożytecznych rzeczy.

I tak doczekali wkroczenia Armii Czerwonej w lipcu 1944. Do Łodzi powrócili rok później, gdzie inżynier Teodor Czarnecki zatrudnił się w Zarządzie Miasta jako inspektor budowlany, a także nauczał przedmiotów zawodowych w tamtejszych szkołach technicznych.

Czy warto opowiadać teraz tę historię, zakończoną w roku 1959 wraz z odejściem dziadka z tego świata? Czy to jako przestrogę, czy jako naukę na przyszłość, warto pamiętać, że II RP powstała dzięki ofiarnej służbie setek tysięcy wiernych ojczyźnie Polaków i pod tym względem nic się przecież na świecie nie zmieniło.

Tekst: kpr. Łukasz Czarnecki–Pacyński, 4 Warmińsko-Mazurska Brygada Obrony Terytorialnej

Nauka Jest OK
Poprzedni artykułProrok w Kinie Światowid
Następny artykułWłamywał się do altanek działkowych. Został zatrzymany na kradzieży
Subskrybuj
Powiadom o
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze